Historia domku

Domek noszący aktualnie numer 3/12 przez całe 68 lat swojego istnienia zamieszkiwany był przez tę samą rodzinę – teraz już w czwartym pokoleniu. To tutaj zamieszkali w 1945 roku państwo Witkowie znani na osiedlu jako hodowcy najlepszych warzyw.

Historię domku i rodziny opowiedzieli mi jego aktualni lokatorzy, państwo Starkowscy – Joanna, de domo Witek, i jej mąż Marcin. Źródłem historii były dziecięce wspomnienia Joanny i pamiętnik jej dziadka, który znalazła na strychu, kiedy się wprowadzała.

Rodzina Witków pochodziła z Lubelszczyzny. Pan Witek, dziadek Joanny, zaraz po wojnie szukał pracy w Łodzi, ale na stałe udało mu się zaczepić dopiero w Biurze Odbudowy Stolicy. Pracował tam jako kopista. Szybko też dostał przydział na domek dla całej rodziny i mógł już sprowadzać swoją żonę i maleńką córeczkę. Nie była to taka prosta sprawa – w tamtych czasach ciężko było zorganizować transport. Udało się to dopiero po jakimś miesiącu – kolega z BOS-u jechał w tamte okolice coś załatwiać i to on zabrał żonę i córkę pana Witka z całym dobytkiem.

Warzywnik

Może to ciężka sytuacja po wojnie, a może i wiejskie pochodzenie Witków sprawiło, że od samego początku zajęli się uprawą ziemi. To była ich pasja. Na tyłach domku powstało prawie że profesjonalne gospodarstwo rolne.

„U państwa Witków wszyscy zaopatrywaliśmy się w najlepsze warzywa i owoce. Ogrodnictwo było wyłącznie pasją, bo pan Witek pracował w Biurze Odbudowy Stolicy” – cytuje czyjeś wspomnienie „Gazeta Stołeczna”, chociaż myli adres domku. Marcin Starkowski potwierdza:

Większość sąsiadów, tych starszych, wspomina te warzywka dziadka. Nieraz, jak się spotkamy, to mówią: O, to rzodkieweczki takie były przecież!

Cała ta część za domem była warzywna – opowiada Joanna. – Wszyscy sąsiedzi się tutaj zaopatrywali: nowalijki, pierwsze ogórki, pierwsze pomidory. Dziadek miał dwie szklarnie i wszędzie grządki: rzodkiewka, sałata, wszystko. Bardzo to lubił. Taki odpoczynek po pracy. No, i to był dodatkowy dochód. […] Był też agrest, porzeczka, maliny, truskawki. Natomiast przód domku to było królestwo mojej babci, która uprawiała kwiaty. Tu różyczki, tu floksy, bez… 

Obok grządek, na tyłach domku był także mały sad – śliwa węgierka, grusza, dwie wiśnie, brzoskwinia, która jeszcze do niedawna pięknie rodziła. Teraz został z sadu już tylko orzech włoski i jabłonka. Sadzona przez mojego tatę – mówi Joanna. Za to ciągle – przez tyle lat! – rosną tulipany zasadzone przez dziadków.

Lokatorzy

Parę lat po zamieszkaniu w domku, na początku lat pięćdziesiątych dla państwa Witków przyszły trudne czasy. Do ich domku dokwaterowano drugą rodzinę. Witkowie żyli w jednym pokoju – ich dwoje z trojgiem dzieci, a w drugim zamieszkali nowi lokatorzy. Kuchnia i maleńka łazienka były wspólne. Jakieś dziesięć lat ciasnoty, popijaw, które prowadziły do codziennych konfliktów.

Dziadkowie mieli wielkie problemy –opowiada Joanna – bo tamci chcieli domek w końcu dla siebie. Dziadek pisał różne podania, prośby i w końcu się wyprowadzili. I wtedy wspominają, że w końcu odżyli!

Od tego czasu Witkowie mogli się cieszyć większą przestrzenią. Tu młodość spędził ojciec Joanny. Także i ona sama przeżyła w domku pierwsze lata swojego życia – jej tata jeszcze przez kilka lat po ślubie mieszkał na Jazdowie. Potem wyprowadził się z żoną i córką do wynajmowanego mieszkania w Śródmieściu i dopiero w 83. udało im się dostać mieszkanie na świeżo wybudowanym osiedlu Gocław. Przez całą młodość Joanna często przyjeżdżała z rodzicami w odwiedziny do dziadków.

Tak, tutaj bywaliśmy bardzo często. To, co zapamiętałam, to dziadek – te wszystkie truskaweczki, malinki. Babcia natomiast piekła ciasteczka kruche z cukrem, miała taką puszkę, taki garnek… Pamiętam dziadka jak siedział i kroił chleb suchy dla kaczek, żeby w parku można było karmić… Tak, tutaj rodzice co weekend przyjeżdżali, w karty grali… Już potem moja siostra też tutaj. Dzieciństwo to tutaj głównie spędzaliśmy.  Ile się tam dało, no to najczęściej tutaj przyjeżdżaliśmy. Cały ten teren, to wszystko znaliśmy.

Nawet kiedy byłam w ogólniaku – wspomina – babcia już nie żyła, ale u dziadka urodziny wyprawiałam w ogródku, dla znajomych. I zawsze się śmiałam, że jak już tutaj przyjadę ze znajomymi, to dziadek wszystkich porywał. Bo miał taki dar opowiadania różnych historii, że każdy go słuchał. 

W latach osiemdziesiątych, po śmierci obojga państwa Witków, w domku pozostała ich córka, ciotka Joanny. Coraz starsza i schorowana, nie mogła zając się domem. Ogród całkiem zarósł, domek też nie był w najlepszym stanie. Zmarła nagle w 2001 roku. Po niej przydział „odziedziczyła” Joanna.

Zmiany

Marcin Starkowski, mąż Joanny: Ja pochodzę ze Szczecina, żona warszawianka, poznaliśmy się w Bieszczadach.

Pobrali się w 99. roku i przez pierwsze lata mieszkali w wynajmowanym mieszkaniu w Szczecinie, gdzie Joanna studiowała technologię żywienia. Kiedy pojawiła się szansa zamieszkania w fińskim domku na Jazdowie, przyjechali do Warszawy. Przez kilka pierwszych miesięcy musieli jednak mieszkac na Gocławiu, u mamy Joanny. Dom wymagał generalnego remontu. Sami wymienili legary pod łazienką i kuchnią. Przy okazji zresztą powiększyli tę pierwszą kosztem tej drugiej.

Łazieneczka, kibelek, był bardzo mały. Szerokości 2 metry na metr – opowiada Marcin. – I tam była taka wanna żeliwna, taka wysoka wanna. I był tylko kibelek, i nad kibelkiem olbrzymi bojler. I to wszystko, co się tam mieściło.

Cały dom trzeba było „odświeżyć”. Wymienili instalację elektryczną, wszystkie rury… i można się było wprowadzać.

Zamieszkali dokładnie 1 sierpnia 2002 roku. Wcześniejszy, prawie półroczny remont, to, jak się okazało, dopiero początek pracy przy domu i zmian. Po dziesięciu latach, jak mówią, udało im się urządzić tak, jak chcieli.

Największe zmiany to dobudowanie sporej werandy na tyłach domku i adaptacja strychu na dwa pokoje dla synów. (W sumie możemy już to wszystko mówić, bo i tak złożyliśmy wniosek o zamianę mieszkania – śmieje się Marcin). Nowi lokatorzy zmienili też system ogrzewania – zlikwidowali kaflowe piece z elektrycznymi grzałkami i teraz palą drewnem w kominku. Wielką pracę włożyli w ogród – teraz pełniący już tylko funkcję ozdobną i rekreacyjną.

Zwierzęta

Wielki ogród to więcej możliwości kontaktu z naturą. Na przykład jakiś czas temu pod domkiem swoje legowisko zrobił sobie jeż. Państwo Starkowscy którejś zimy zamontowali w ogrodzie karmnik i tak narodziła się ich nowa pasja – obserwacja ptaków. Marcin skrupulatnie wypisał wszystkie gatunki, które udało im się przyuważyć. Obok powszechnych w mieście wron siwych, kosów, srok, kawek, szpaków, sikor (modrych i bogatek) i mazurków (nie wróbli!) na liście znalazły się takie gatunki jak: gil, zięba, dzwoniec, grubodziób, kowalik, sójka, różne gatunki dzięciołów, rudzik, kwiczoł, czyżyk, strzyżyk, mysikrólik i pełzacz ogrodowy. Czasem wpadają kaczki z pobliskiego Parku Ujazdowskiego, raz nawet zaleciał bażant, ale wrony szybko przegnały intruza.

W czasie mojej rozmowy z mieszkańcami domku, po ogrodzie hasały dwa psy – jeden „tutejszy”, drugi podrzucony przez wujka, który wyjechał na urlop. Pani Joanna przypomina sobie o innych zwierzętach, które zasiedlały domek w przeszłości. Przez wiele lat jej dziadkowie mieli kundelka (Jak on się nazywał? Nie pamiętam), o którym wie tylko z opowiadań ojca. Były też – uwaga – kury:

Pamiętam, kiedy byłam dzieckiem – wspomina – babcia miała przez jakiś czas tutaj taką zagrodę i były kury. Później to jakoś zlikwidowali i mieli jedną kurę, której nie mieli serca nawet już na ten rosół. Bo ona jak pies chodziła za babcią. I pilnowała domu, i w sumie zdechła tak ze starości.

Państwo Starkowscy powoli szykują się do wyprowadzki. Pod koniec 2013 roku miasto przyznało im mieszkanie komunalne na Muranowie. Tak zakończy się historia rodziny Witków z Jazdowa. Pod domem zostaje jeż, w ogrodzie – tulipany sadzone przez dziadka.

Tekst: Michał Głuszek